¡Viva Barcelona!

Pod koniec kwietnia bieżącego roku, po czterech latach ponownie odwiedziłem Barcelonę. Jak na Barcę przystało pogoda dopisała pomimo że po wylądowaniu niebo było zachmurzone. Celem wycieczki było zwiedzanie najciekawszych miejsc przy ograniczeniu wydatków do minimum, (czyt. spanie na lotnisku) i powrót pierwszym lotem do Frankfurtu następnego dnia.

La Rambla, Mercat St. Josep i Plac Real

La RamblaMercat de Sant JosepCarrer de ColomPlac Real

Prawo Monument a Cristòfor Colom, Moll de Bosch i Alsina i palemki…

Plaça del Portal de la Pau Monument a Cristòfor Colom_MG_4002.jpgMoll de Bosch i AlsinaMoll de Bosch i AlsinaPlaça Antonio LópezPlaża w BarceloniePlaża w BarceloniePlaża w BarceloniePlaża w Barcelonie

La Sagrada Familia, Park Güell, Museu Nacional d’Art de Catalunya i Magic Fountain of Montjuic

La Sagrada FamiliaLa Sagrada FamiliaPark GüellPark GüellMuseu Nacional d'Art de CatalunyaMagic Fountain of MontjuicMagic Fountain of MontjuicMagic Fountain of MontjuicMagic Fountain of Montjuic

Na dzień dobry przywitał nas nowy Terminal 2 barcelońskiego lotniska El Prat [LEBL]. Pachniał jeszcze świeżością, kamienne posadzki błyszczały się jak lustro. Widać było, że pasażerowie nie odcisnęli jeszcze piętna swoją obecnością. Dlatego też spędzenie nocy na lotnisku było dla mnie dodatkową atrakcją wycieczki, tym bardziej, że jest też kilka restauracji działających 24h w przeciwieństwie do frankfurckiego lotniska [EDDF]. Niestety jak to bywa, coś za coś. Kiedy przyleciałem do Barcelony, nie zwróciłem uwagi na jeden ale za to bardzo ważny szczegół… Ławy do siedzenia w terminalu wyposażone są w dość okazałe podłokietniki niczym zapory przeciwczołgowe, które skutecznie uniemożliwiają położenie się wzdłuż. Przekleństwo… Z odsieczą przyszedł mi miniaturowy plac zabaw, składający się z jednej bujanki na sprężynie, w okół której został wylany tartan. Na poniższym zdjęciu widać, że koczowanie mam we krwi 🙂

koczowanie

El Prat nocą

_MG_4164.jpg_MG_4165.jpg_MG_4171.jpg_MG_4194.jpg

Latanie na biletach stand by oprócz tego, że umożliwiają znacznie zredukować koszty, potrafią też dostarczyć dodatkowych emocji, ponieważ nigdy nie wiadomo czy i kiedy się poleci… Dzień przed wylotem do Barcy na lot powrotny było 13 wolnych miejsc, przy gate’cie okazało się, że jest overbooking. W takiej sytuacji obsługa prosi aby wpisać się na listę oczekujących na podstawie której, kapitan zdecyduje kto poleci a kto będzie tym „szczęściarzem” i zostanie. Pierwszy raz zdarzyło mi się, że kapitan przyszedł aby zobaczyć pasażerów z listy. Później w trakcie lotu przyznał się, że rzadko to robi. Ja i jeden z kolegów zostaliśmy zaproszeni do kokpitu [A321], dla drugiego znalazło się jedno normalne miejsce. „Szczęśliwcami” okazali się dwaj imprezowicze, którzy spokojnie mogli by zagrać w filmie „The Hangover”. Jeden ubrany całkowicie na biało, łącznie z butami w różowych okularach przeciwsłonecznymi na nosie. Drugi w stylu hawajskim w pomarańczowych okularach. Byli bardzo zmęczeni a widok ich smutnych przepitych min, patrzących na ludzi idących do rękawa – bezcenny 🙂

Nasz lot był opóźniony ze powodu hiszpańskiej maniany. Pośpiech w kokpicie. Kapitan ucieszył się, że nie jest to nasz pierwszy lot na jump’ach. Załoga nie musiała nam pokazywać gdzie są maski tlenowe, jak ich używać, jak się otwiera okno i gdzie jest lina ewakuacyjna. Na dodatek kontrola ruchu lotniczego skupiła się bardziej na swoim przewoźniku Vueling Airlines puszczając 3-4 samoloty przed nami, kiedy oczekiwaliśmy na zgodę na zajęcie pasa „line up and wait”. Za każdym razem mijający nas piloci machali nam z wymownymi uśmiechami. Bardzo żałuję, że nie zrobiłem zdjęć w trakcie lotu. Szczególnie w trakcie startu [RWY25L] oraz wykonywania SIDa. Było kilkanaście minut po wschodzie słońca. Można było zobaczyć wszystkie możliwe odcienie mojego ulubionego koloru – fioletu z domieszką gdzieniegdzie soczystej, hiszpańskiej pomarańczy. Aura była niesamowicie spotęgowana przez piękne rozwinięte i wypiętrzone „kalafiory” – chmury cumulusy [Cu].
Lot spędziliśmy w bardzo miłej atmosferze. Latając w „szoferce”, chyba ze 2 razy zdarzyło mi się trafić na „gęstą” kokpitową atmosferę. Nie, żeby załoga była niemiła ale czuć było gęstość powietrza. Załogę z którą leciałem z Barcelony do Frankfurtu śmiało mogę zaliczyć do tych najsympatyczniejszych. Wystarczy sobie wyobrazić: niemiecki przewoźnik, niemiecki samolot, niemiecka załoga, a ja co robiłem z kolegą w trakcie lotu? Uczyliśmy pierwszego oficera języka polskiego 🙂

Lądowanie też dostarczyło miłych wrażeń. CAT I z opadami i z ciemnymi, ładnie wyróżniającymi się Cu o niskiej podstawie.

This entry was posted in fotografia, pordróże and tagged , , , , .